O autorze
Polka od urodzenia. Emigrantka z wyboru. Uzależniona od dobrej muzyki i książek. Uwielbia kuchnię gruzińską i tajską. Chyba podróżniczka, chociaż twierdzi, że zbyt mało jeszcze widziała, żeby tak o sobie powiedzieć. Gdzie nie pojedzie, tam próbuje nowego jedzenia przez co nie unika problemów żołądkowych. Autorka bloga
Tekst linka
Zorganizowana pracownica korporacji i zupełnie niezorganizowana przyszła mama.

Z pamiętnika młodej matki

Na to, co chcę Wam dzisiaj napisać wpadłam zupełnie przypadkowo. Nagrywałam akurat wiadomość na jednym z komunikatorów (dzięki naszej cywilizacji za wiadomośi głosowe!) i w pewnym momencie przyznałam szczerze, że jestem szalenie niedoskonałą matką. I teraz, korzystając z okazji, że Mała Mi postanowiła sobie uciąć drzemkę, spieszę moją tezę poprzeć następującymi argumentami:

Jestem totalnie niezorganizowana.
Nie wiem, co nastepnego dnia będzie na obiad ani, co zdecyduję się robić. Od tygodnia, z różnych powodów odkładam wizytę na placu zabaw, wyrzucając potem sobie, że jak to, że Mała Mi jeszcze nie wie co to jest huśtawka?
No i burdel tutaj straszny panuje, bo często wolę po prostu dłużej sobie pospać niż pędzić na łeb, na szyję o szóstej rano i pucować łazienkę na ten przykład.
Dlatego też często za obiad biorę się za piętnaście czwarta, kiedy to M. ma już za chwilę, za moment jeden wrócić z pracy...
Podziwiam matki, które mają wszystko zaplanowane na tip top.
Zakupy zrobione, a one dumnie kroczą dzieckiem w wózku śpiącym.
Gdyby ktoś mnie zapytał o jakich godzinach Mała Mi zwykła ucinać sobie drzemki, to odpowiedzi raczej by się człowiek nie doczekał.
Z prostego raczej powodu - nie wiem. Różnie.
Dzisiaj o dziesiątej, jutro o trzynastej.
Jak jej się chce.
Zapominam.
Muszę sobie zapisywać. Serio. Że co miałam właśnie powiedzieć, albo co kupić do domu a czego w lodówce brakuje.
Dlatego już od kilku dni śmieci pakuję w reklamówki, bo worków jak nie było tak nie ma.
Zapomniałam kupić wczoraj.
No i dzisiaj jakoś też wyleciało mi z głowy.
Mleko się skończyło, a ja kawy bez mleka ani rusz.
A jak kawy rano nie wypiję to jakiś ten poranek niepełny, więc drałuje w deszcz i wiatr do najbliższego sklepu, że niby po mleko a potem zbierze się jeszcze mnóstwo innych rzeczy.
Bo jak kawa to i coś do kawy. A worki na śmieci może jutro.
Nie przestrzegam rutyny. Nie jestem do końca konsekwentna.
Jak zaszłam w ciążę to mówiłam sobie, że moje dziecko nie będzie oglądać telewizji. Że nie będzie rozpieszczane ani ciut, bo ja przecież twarda jestem i tupnąć nogą potrafię!
I co?
Konia z rzędem tym matkom, które potrafią zabawiać swoje dzieci przez cały dzień.
Ja nie.
Idę na łatwiznę i wcale się tego nie wstydzę.
Jak jestem zmęczona i naprawdę nie mam juz siły to włączam bajki, które znam na pamięć i których dźwięk świdruje mi w głowie.
Ba, gdybyście obudzili mnie w środku nocy i kazali zaśpiewać:
'Fiha tralala' to zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem!
Nic to, że Nosowskiej na ten przykład nie słuchałam już wieki całe .Nic to, że wierszy nie czytałam i książek juz dobrych kilka tygodni. Brakuje mi tego. Nie będę kłamać.
Walczę o swój kawałek podłogi, o swoje ja i o swoją przestrzeń.
I niech mi teraz któraś z matek powie, że egoistka ze mnie straszna.
Przyjmę to na klatę, więc walcie śmiało.
Co dalej?
Wcześniej myślałam też, że nigdy nie pozwolę na to, zeby Mała Mi spała z nami w jednym łóżku.
Ma przecież swoje a ja zamierzam zasad przestrzegać.
A teraz?
Kiedy budzi się w nocy zapłakana (ostatnio odkryłam też, że już lecą jej prawdziwe łzy!) i tylko będąc blisko, jesteśmy w stanie utulic ten płacz, żadne z nas nie waha się ani chwili.
Tyulimy, całujemy i pozwalamy jej spać z nami.
Co z tego, że spanie to jest mało komfortowe, bo człowiek zwyczajnie się obawia, żeby nieumyślnie nieboraka nie skrzywdził. Cóż z tego, że często wstaję połamana, bo okazuje się, że przysypiałam w bardzo dziwnych pozycjach?
Najważniejsze, że ona się wyspała.
Niekonsekwencja, co?
Ale Mała Mi wiecznie mała nie będzie. Ot, odkrycie!
Kiedyś zapewne będzie miała dosyc przytulania i głaskania po głowie. A skoro teraz mogę to dlaczego nie? Niech będzie blisko, niech się tuli, niech bezpiecznie się czuje.
Reszta jest nieważna.
Nie zawsze gotuję obiady dla mojej córki. Czasem po prostu kupuję słoiczki.
Taka ze mnie matka.
Wiem, wiem, powinnam znaleźć czas na gotowanie, bo przecież tylko zajmuję się dzieckiem.
Nic innego nie robię.
Do pracy chodzić nie muszę, więc i wygodna taka być nie powinnam, tylko winna robić to, co do mnie należy.
Ale ja nie.
Mam półkę zupek, którymi częstuje Małą Mi, ilekroć jestem zmęczona albo czasu nie mam na ugotowanie osobnych potraw dla każdego członka rodziny.
Krytykujcie mnie, drogie matki.
Ja wam jednak odpowiem, że nie każdy ma na zawołanie babcię lub dziadka.
Dlatego każdy radzi sobie tak, jak najlepiej potrafi.
Winna?
Nie.
Między tym wszystkim jednak, muszę Wam powiedzieć, że tęsknię za pracą.
Nigdy nie twierdziłam (a teraz to się tylko potwierdziło), że będę mogła się poprzez macierzyństwo zrealizować.
Potrzebuję wyzwań i chociaż dziecko to wyzwanie ogromne, nie takie wyzwanie mam na myśli.
Lubię mieć wokół siebie ludzi. Lubię uczyć się nowych rzeczy i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Wrócę do pracy a Mała Mi pójdzie do przedszkola, to już pewne.
Zawsze zależało mi na tym, żeby mieć możliwość wyboru i tego wyboru dokonać.
Mam, jak każda matka, zobowiązanie wobec swojego dziecka. Ale mam też zobowiązanie wobec siebie samej i z niego również powinnam a przede wszystkim chcę się wywiązać.
Macierzyństwo to ciężki i trudny kawałek chleba. I nikt nam za to nie płaci. My z pracy nie wychodzimy. Nie trzaskamy drzwiami o siedemnastej i nie zapominamy o swoim szefie w momencie w którym wyłączamy laptopa.
Dlatego tak drażni mnie, kiedy ktoś pochopnie ocenia, patrzy krzywo i rozdaje rady na prawo i lewo.
Nie, dziękuje. Nie potrzebuję.
Nie wiem, kto jest gorszy. Czy matki, które myślą o sobie, że są idealne czy te kobiety, które matkami jeszcze nie zostały, ale plan mają i chętnię się nim z Tobą podzielą, nawet jeśli nie masz na to ochoty.
Nie udzielam rad niepytana.
I tego się trzymam.
Tak więc, jak już wspominałam, nikt za to słynne ‘siedzenie w domu’ nam nie płaci.
Ostatnio, kiedy wybrałam się na cały dzień na zakupy, żeby troche sie odstresować, pobyć sam na sam ze zobą, usłyszałam od mojego partnera, że podziwia mnie i szanuje za to, że opiekuję się jego dzieckiem.
Przyznam, że słowa te połaskotały moje ego i szczęśliwa jestem, że moja praca jest doceniana przez tego, przez którego doceniona być powinna.
A organizacja?
Cóż, może kiedyś się jej nauczę :)
Dobrego!
M.
Trwa ładowanie komentarzy...